Fundacja Rozwoju Systemu Edukacji
Data publikacji: 01.04.2025 r.
Walczy o kobiety, promuje profilaktykę, leczy i zaraża... entuzjazmem. – Erasmus przetarł mi szlaki – mówi Małgorzata Osmola, onkolożka, nauczycielka akademicka, prezeska fundacji Polki w Medycynie
Założyła pani pierwszą w Polsce organizację mającą na celu poprawę sytuacji kobiet w zawodach medycznych. Do czego jest potrzebna?
W fundacji Polki w Medycynie przeciwdziałamy dyskryminacji ze względu na płeć i wspieramy rozwój kobiet w tej dziedzinie. W Polsce na początku kariery niestety często zderzałam się z podejściem „Młoda siksa się wymądrza”. Być może była to kwestia wieku, a może również płci. Ten aspekt w zawodach medycznych ma duże znaczenie, choćby w przypadku staży zagranicznych. Dla wielu kobiet mających małe dzieci takie wyjazdy są trudne do zorganizowania. W fundacji walczymy więc o to, by np. stypendia były dostosowane nie tylko do potrzeb osoby zainteresowanej, ale także jej rodziny – tak by nie musiała wyjeżdżać sama. Wciąż jest sporo do zrobienia.
Za trudne i wymagające uchodzą już same studia medyczne. A pani utrudniła je sobie dodatkowo, wyjeżdżając na Erasmusa do Francji.
Rzeczywiście, by skorzystać z Erasmusa, student medycyny musi się nagimnastykować. Na studiach mamy nie tylko zajęcia teoretyczne, ale też bloki, w trakcie których chodzimy do szpitala i uczymy się na oddziałach. Ten system różni się między krajami. W Polsce jest np. 20 przedmiotów klinicznych – w ramach każdego trzeba spędzić trochę czasu na oddziale szpitalnym. We Francji można wybrać najbardziej interesujące nas dziedziny i lepiej wgryźć się w temat. Być może to właśnie różnice w systemach kształcenia są powodem, dla którego studenci medycyny rzadziej wyjeżdżają na stypendia niż studenci innych kierunków. U mnie na roku na ponad dwieście studiujących osób Erasmusem zainteresowanych było kilka, może kilkanaście.
Jak wyjazd wpłynął na pani karierę?
Erasmus przetarł mi szlaki do kolejnych wyjazdów, bez których pewnie byłabym dziś innym lekarzem, niż jestem. Obecnie kończę polsko-francuski doktorat nt. nowotworów przewodu pokarmowego na Warszawskim Uniwersytecie Medycznym we współpracy z Centre Hospitalier Universitaire de Nantes. Po jego obronie będę mogła kontynuować pracę naukową w dowolnym kraju w Unii Europejskiej, choć – mimo że dostawałam propozycje z Francji – bardzo chciałabym zostać w Polsce. Tu mam rodzinę, przyjaciół, cenię też kontakt z polskimi pacjentami. Obecnie jestem zatrudniona w Mazowieckim Szpitalu Onkologicznym. Niedawno rozpoczęłam też pracę dydaktyczną na Uczelni Medycznej im. Marii Skłodowskiej-Curie w Warszawie. Cieszę się, że mam możliwość uczyć onkologii i profilaktyki onkologicznej. Dzięki niej możemy wykryć nowotwór we wczesnym stadium, a co za tym idzie – wyleczyć go. Pamiętajmy, że metodą profilaktyki, którą zawsze mamy przy sobie, są nasze dłonie!
Wróćmy do początków. Co panią przekonało do wyjazdu?
Rok przede mną wyjechała moja przyjaciółka – do Paryża. Pojechałam ją odwiedzić i zachwyciłam się, że można mieszkać i studiować za granicą, i to jeszcze w tak niesamowitym mieście! Uczyłam się już francuskiego, więc uznałam, że też chcę spróbować. W dodatku mój ówczesny chłopak był Francuzem. Aplikowałam i w 2014 roku dostałam się do miejsca, które sobie wymarzyłam: Bordeaux, słonecznego miasta na południu Francji. Studiowałam na Université Victor Segalen Bordeaux 2 i mam stamtąd masę dobrych wspomnień, choć jednocześnie był to czas naznaczony samotnością.
Mimo towarzystwa innych studentów?
Poznałam wielu wspaniałych ludzi, z niektórymi mam kontakt do dziś, ale to inny rodzaj znajomości niż z przyjaciółmi w Polsce, których znałam od lat. To również bycie z dala od rodziny. Pamiętam, że kiedy miewałam trudne momenty, zadawałam sobie pytanie: „Kiedy to się skończy?”. Im bardziej wsiąkałam w życie na miejscu, tym było mi łatwiej. Przełomowe było oswojenie się z koniecznością funkcjonowania w obcym języku.
Z czego wynikały trudności?
Na kursie językowym uczymy się zwykle, jak kupić kawę i rozmawiać o pogodzie. To miałam opanowane, ale po przyjeździe do Francji trafiłam prosto na zajęcia na bloku operacyjnym, które są wymagające. Gdy dzieje się coś niepożądanego, jest stres, ludzie podnoszą głos i posługują się żargonem, którego nie ma w podręcznikach. Było mi trudno ich zrozumieć, a jednocześnie nie miałam żadnej taryfy ulgowej w związku z tym, że jestem z zagranicy. Nikt nigdy nie zaproponował, żeby mówić po angielsku. To początkowe wykluczenie językowe mocno wpłynęło na moje samopoczucie. Może niepotrzebnie wybrałam aż tak trudne zajęcia na początek, ale wtedy zależało mi przede wszystkim na tym, by zostać dobrze odebraną.
Gdy stypendium się skończyło, uznała pani, że... kończyć jednak nie warto.
To prawda. Na Erasmusie spędziłam dwa semestry, ale w sumie poza domem byłam od września do września. Zdecydowałam się na dodatkowe letnie praktyki studenckie w ramach Erasmusa – polegały na intensywnej pracy z pacjentami w szpitalu, mimo że oficjalnie miałam jedynie status obserwatora. Później, po zakończeniu studiów i studiach podyplomowych, pojechałam jeszcze do Rwandy, gdzie przez pół roku pracowałam jako lekarka. Znów mogłam wykorzystać swój francuski, i w dodatkowo sprawdzić się w pracy w zupełnie innych warunkach niż w świecie europejskim. To była szkoła życia, czas pokonywania barier. Za granicą nie pomogą rodzice ani przyjaciele, trzeba sobie radzić samemu. Po latach cieszę się, że zostałam rzucona na głęboką wodę z językiem obcym. Egzaminy zdawaliśmy po francusku, w formie opisowej. Dziś już nie mam problemu, żeby pracować w tym języku, ale to wymagało ciężkiej pracy już na samym Erasmusie. Wiem, że niektórzy wyjeżdżają na wymianę studencką i – jak to się mówi – balują, ale to nie był mój przypadek.
Na medycynie nie ma imprezowania?
To nie tak, miałam życie towarzyskie, ale nie było ono głównym motywem wyjazdu. W szpitalu czy bibliotece spędzałam kilkadziesiąt godzin tygodniowo. Dla porównania: znajomi, którzy wyjechali do Włoch na czwartym czy piątym roku, nie mieli tam już obowiązku chodzenia do szpitala, a więc zostawało im jeszcze sporo czasu wolnego. Założyli, że zaliczą egzaminy na Erasmusie, a braki nadrobią po powrocie do Polski.
Pani też musiała po powrocie zdać egzaminy?
Większość zaliczonych za granicą zostało uznanych, ale do niektórych musiałam podejść w Polsce. Nasz program nauczania jest bardzo przeładowany. Pomógł mi indywidualny tok studiów, dzięki któremu miałam pewną elastyczność w wyborze zajęć, a potem egzaminów.
Jak z perspektywy czasu ocenia pani ten wyjazd?
Promotorka mojego doktoratu z Francji, prof. Tamara Matysia-Budnik, mówi: Małgorzata, il faut voir ailleurs, co znaczy: Trzeba rozejrzeć się gdzie indziej, sprawdzić inne możliwości. Czyli szukać czegoś, co jest poza naszym gniazdem. To cenna myśl. Za każdym razem, kiedy zastanawiam się, czy nie lepiej zostać tu, gdzie jestem, i wić ciepłe gniazdko, dochodzę do wniosku, że jednak warto się rozwijać. Erasmus był na tej drodze pierwszym krokiem. Z wyjazdami w ogóle jest trochę tak jak z jazdą na nartach czy rowerze.
Najłatwiej uczyć się, będąc młodym, bo aż tak bardzo nie boimy się upadku. Łatwiej nam wtedy znosić trudności, błędy czy porażki. Wyjazd zmienia perspektywę, otwiera głowę. Dzięki temu, że uczyłam się i pracowałam za granicą, czuję, że mogę dziś coś tutaj, w Polsce, zmienić.
Małgorzata Osmola – specjalistka onkologii klinicznej, członkini Sekcji Młodych Onkologów Polskiego Towarzystwa Onkologii Klinicznej oraz ambasadorka European Society of Oncology (ESO). Prezeska fundacji Polki w Medycynie: polkiwmedycynie.pl.