treść strony

Lubię sprawczość !

Wyjechał na Erasmusa do Finlandii. Tam założył ICEYE – firmę, która jest dziś warta miliard dolarów. Rafał Modrzewski m.in. o tym, jak jego satelity wspierają Ukraińców na wojnie i pomagają podczas powodzi w Polsce

  • Wyjazd na Erasmusa okazał się trampoliną do założenia firmy i osiągnięcia światowego sukcesu

    fot. Szymon Łaszewski/FRSE

Przedstawię pana za pomocą liczb: 35-latek, który zatrudnia 800 osób, posiada 48 satelit, a jego biznes wart jest miliard dolarów. Coś jeszcze?
Można dodać, że nasi pracownicy reprezentują 70 narodowości.

To ważne?
Tak, bo choć ICEYE jest firmą o głęboko zapuszczonych polskich i fińskich korzeniach, wierzymy, że siła jest w różnorodności. I dlatego zatrudniamy osoby z aż tylu krajów.

Pana klienci też są z różnych krajów. Ba, kontynentów. Ale najwięcej pisze się o waszych satelitach w kontekście wojny w Ukrainie. Pan w niej uczestniczy?
Wspieramy obronę Ukrainy. Mamy ogromną flotę radarowych systemów satelitarnych, które są dziś najczęściej używane do obserwacji Ziemi. Gdy rozpoczęła się wojna, Departament Obrony Stanów Zjednoczonych poprosił nas o wykonywanie zdjęć nad Ukrainą. Co prawda nie projektowaliśmy naszych satelitów do celów wywiadowczych, ale wiedzieliśmy, że jest to technologia tzw. podwójnego zastosowania. 

A czemu Amerykanie wybrali was?
Bo mamy największą na świecie konstelację satelitów wyposażonych w radary z syntetyczną aperturą.

Co to znaczy?
Nasze satelity są w stanie wykonać zdjęcia Ziemi w nocy i wtedy, gdy niebo jest zachmurzone. Działają więc niezależnie od pory dnia i warunków pogodowych. Poza tym mogą odwiedzać to samo miejsce nawet kilkanaście razy na dobę, umożliwiając wykrywanie zmian na niespotykaną dotąd skalę.

W czasie wojny jak znalazł.
W taki sposób możemy odegrać naszą rolę we wsparciu obrony Ukrainy.

Czuje pan, że jest sprawczy w tym wojennym procesie?
Trudno nie czuć, jeśli partnerzy z Ukrainy są zadowoleni z naszego wsparcia.

Weźmy inny przykład pana sprawczości. Wrzesień zeszłego roku. Wielka woda zalewa południe Polski. Znów wasze satelity są w akcji.
Jesteśmy w stanie bardzo szybko pokazać, jaki jest stopień zagrożenia powodziowego, ile domów i gospodarstw zostało zalanych. Wtedy wszystkie nasze satelity radarowe skierowaliśmy do obserwacji sytuacji kryzysowej na południu Polski. Korzystało z nich Centrum Badań Kosmicznych PAN. Te dane szły dalej do lokalnych centrów zarządzania kryzysowego, ale też do strażaków, policji i wojska.

Stworzyliście satelity, by na nich zarabiać. Na kryzysach też pan zarabia?
Akurat przy powodzi to była nasza wewnętrzna, emocjonalna decyzja, żeby się w to zaangażować i przekazać za darmo zdjęcia polskiej stronie.

Bo pan pochodzi z południa Polski, choć nie z terenów bezpośrednio dotkniętych wielką wodą. A teraz mieszka pan w Finlandii – po tym, jak wyjechał  
tam na Erasmusa.

Na czwartym roku elektroniki na Politechnice Warszawskiej wyjechałem na dwa semestry na studia do Aalto University w Espoo w Finlandii. Wtedy niemal wszyscy od nas z uczelni jeździli na Erasmusa. Pomyślałem, że też chcę, ale nie – tak jak inni – do Włoch czy Hiszpanii, tylko tam, gdzie nie będzie wielu Polaków. Uniwersytet w Espoo miał świetne opinie i nie był tak oblegany jak szkoły wyższe w Europie Zachodniej.

Nie miał pan wątpliwości, że roczna przerwa na macierzystej uczelni przeszkodzi w zaliczeniu specjalistycznych przedmiotów?
Faktycznie, wielu moich znajomych z politechniki miało takie obawy, ale nie ja. Nawet się zastanawiałem, z czego ten strach wynika. Może chodzi o przekonanie, że zagraniczne uczelnie reprezentują niższy poziom niż nasze i niczego się tam nie nauczymy? Ja raczej byłem nastawiony, że wyjazd przyniesie 
mi same korzyści.

A z jaką myślą leciał pan do Finlandii?
Że to będzie czas nauki. Wiedziałem, że wybrałem dobry uniwersytet. Chciałem się uczyć po angielsku, chciałem się uczyć inaczej, w innym miejscu, z innymi ludźmi. Zawsze uważałem, że należy próbować jak najróżniejszych sposobów na rozwiązywanie problemów.  Zależało mi, by porównać różne sposoby nauczania, na różnych uczelniach. Bo im szersza gama doświadczeń, tym lepiej dla mnie i mojego rozwoju. I cały czas w to wierzę. Dlatego wspomniałem, że zatrudniam ludzi różnych narodowości. Bo naszą siłą jest różnorodność.

To hasło idealnie określa, czym jest program Erasmus+. Finlandia czymś pana zaskoczyła?
 Tym, jak Finowie są fantastycznie zorganizowani. Gdy przyjechałem pierwszy raz na uniwersytet w Espoo, powiedziałem, że nie mam gdzie mieszkać. Usłyszałem, żeby się nie martwić, bo dla takich jak ja mają specjalny akademik, tzw. emergency accommodation. Noc kosztowała tam zaledwie jedno euro. Zażartowałem, że w takim razie mogę tam spać przez cały miesiąc. A oni na to: „OK, nie ma problemu”. Nie mogłem w to uwierzyć, że jest tak tanio i mają tak liberalne podejście. Zaskoczył mnie też zupełnie inny styl bycia i komunikacji z profesorami. U nas student raczej nie może ot tak pogadać z profesorem.

A tam?
Na uniwersytecie fińskim profesor ma status może nie kolegi, a bardziej przewodnika, przyjaciela. Powiedziałbym, że to taki odpowiednik modelu peer-to-peer, czyli jak równy z równym. W Finlandii wszyscy rozumieją, że profesor jest starszy i bardziej doświadczony, ale nikt nie zapomina o tym, że on też kiedyś był studentem. I to, że jest starszy, nie oznacza, że jest lepszy. A u nas do profesora wciąż wypada się zwracać w bardziej formalny sposób, przez co staje się on mniej dostępny.

Skracanie dystansu ułatwia naukę?
Zdecydowanie! Łatwiej zapytać profesora czy zwrócić się do niego z jakimś problemem. Taka relacja staje się dużo prostsza. Może to też kwestia mniej licznych niż w Polsce, bo ok. 20-osobowych grup? Tu nikogo nie dziwi, że idzie się z profesorem do sauny czy na imprezę – więc z wykładowcą rozmawia się nie tylko na terenie uczelni, ale też poza jej murami. I wiem, że takie partnerskie relacje na pewno pomagają w nauce.

Do Finlandii jechał pan z myślą, by rozkręcić własny biznes?
Nie. Po raz pierwszy pomyślałem o tym podczas spotkań w międzynarodowym gronie, w którym budowaliśmy małe satelity. Fińska uczelnia – i tu kolejne miłe zaskoczenie – wysłała mnie na kilka zagranicznych konferencji naukowych. Dla mnie to było niebywałe, że uniwersytet dysponuje pulą pieniędzy, które przeznacza na inwestowanie w swoich studentów. I na jednym z takich wyjazdów ktoś rzucił pomysł, by budowane przez nas satelity jakoś spieniężyć i przekształcić w biznes.

A po co te satelity? – ktoś zapyta.
To było pierwsze pytanie, które usłyszeliśmy z kolegą, z którym zgłosiłem ten pomysł. Wymyśliliśmy, że będziemy monitorować grubość pokrywy lodowej w Arktyce. Stąd zresztą nasza nazwa.

I to miało wam przynieść pieniądze?
Tak, bo chodziło o obserwację lodu z góry – tak, by na nowo określić najbezpieczniejszy przebieg drogi morskiej dla statków pływających po Morzu Arktycznym. Udało nam się przekonać kilku potencjalnych klientów, że nasze badania mają sens, a stworzony przez nas model biznesowy zaczął się spinać. Znaleźliśmy niszę.

Pierwszy kontrakt podpisaliście z amerykańskim gigantem ExxonMobile.
Oni nam wtedy zapłacili milion dolarów za to, żebyśmy sprawdzili, czy za pomocą naszych satelitów da się przeprowadzić przez Morze Arktyczne transport ropy.
Mówimy o chłopaku, który kilka miesięcy wcześniej cieszył się, że spędzi noc w akademiku za jedno euro...
Jak podpisywałem kontrakt, ręka tak mi się trzęsła, że wypadło z niej pióro. Wydawało mi się, że złapałem Pana Boga za nogi. Tym bardziej, że to była wówczas największa spółka notowana na jakiejkolwiek giełdzie na świecie. I ta firma płaciła nam milion dolarów tylko po to, by sprawdzić naszą technologię.

A co w tym czasie działo się ze studiami?
Jak mówią Anglicy: on the back burner. Odkładałem na później. Co jakiś czas chodziłem na zajęcia, ale de facto miałem na studiowanie coraz mniej czasu. Myślałem już wtedy głównie o biznesie.

Studiów w Polsce i w Finlandii pan nie skończył. Do kraju na stałe nie wrócił, choć bywa pan i tu, i tu. A biznes tak się rozkręcił, że jest wart miliard dolarów. Może ktoś chce powtórzyć ten sukces. Jak ma zacząć?
Przede wszystkim się nie bać. Wiele pomysłów upada tylko z powodu strachu przed porażką. Najważniejsze, żeby zacząć. To się może później nie udać, ale nie da się osiągnąć sukcesu bez próbowania. Dziś wiem, że gdyby kilkanaście lat temu podczas Erasmusa mój profesor na uniwersytecie w Espoo nie powiedział, że nasz pomysł na firmę brzmi dobrze, to pewnie bym to sobie odpuścił.

Rafał Modrzewski – ur. w 1989 roku w Katowicach. Mieszka w Helsinkach. W 2012 r. wraz z fińskim kolegą założył w Espoo spółkę ICEYE, która jest dziś globalnym liderem w zakresie ciągłej obserwacji Ziemi, w tym monitorowania klęsk żywiołowych. W 2018 roku znalazł się na prestiżowej liście magazynu „Forbes” – „30 under 30 Europe” w kategorii Technologia. 
Więcej na: www.iceye.com